Koń


Odpowiedniego dla armii - która przecież opierała się głównie na kawalerii - konia bojowego uzyskano przez krzyżowanie arabskich ogierów czystej krwi z silnymi (choć drobnej budowy), hodowanymi w Polsce od zamierzchłych czasów, chłopskimi klaczami. Produkt tych krzyżówek był od araba nieco powolniejszy, ale za to wyższy, silniejszy, odporniejszy na zmiany atmosferyczne i złą paszę. Koń taki, odpowiednio ujeżdżony, był chyba najlepszym wierzchowcem bojowym na początku XVII wieku w Europie. Stadniny utrzymywane były w magnackich latyfundiach, głównie w południowych i południowo-wschodnich województwach. Wzorowe stadniny utrzymywali hetmani, mianowani również z grona wielkich posiadaczy ziemskich. Równinny krajobraz oraz urozmaicony, ale łagodny raczej, klimat dodatkowo jeszcze sprzyjały tej hodowli.



(koń polski ryciny z XVIII wieku)

Zaczynamy od stajni. Szlachta lubowała się w koniach, troszczyła się o nie, rujnowała się na nie; utrzymywano liczną służbę stajenną, sprowadzano zagranicznych masztalerzy, istnieją liczne traktaty o hodowli konia i o chorobach końskich. Koń był przyjacielem i dumą szlachcica; przywiązywano się do koni, chwalono ich zalety, opowiadano o nich; płacono nadzwyczajne sumy za rasowe konie. Zresztą szlachcic uważał, że do godności stanu należy jeździć wierzchem i z konia walczyć. W dawnej polszczyźnie, pieśniach i przysłowiach spotyka się najczęściej wzmianki, co do maści, o koniach: wronych, siwych i siwcach, jabłkowitych, kasztanowatych, butanych, dereszach, szpakach, mroziastych, gniadych, srokatych, cisawych i konopiatych. Jak dalece dawna szlachta polska, rozmiłowana była w koni, dowodzi tego wielka liczba starych przysłów polskich, dotyczących konia. Ciekawa pod tym względem jest statystyka w "Księdze przysłów polskich" Adalberga. Najwięcej, bo 412 przysłów odnosi się do Boga. Po Bogu: szczęście, chleb, pies i koń mają najwięcej. Do konia odnosi się przysłów 264, które są najciekawsze. Jeśli chodzi o rasy hodowane w dawnej Polsce były rozmaite: sławny był "koń polski" (ostatnie sztuki prawdopodobnie padły w czasie wyprawy Napoleona na Moskwę), imponował naszym przodkom ciężki koń fryzyjski; na wystawnych uroczystościach paradowały dostojne hiszpańskie konie o wąskich i garbonosych głowach; pod wierzch poszukiwano konia arabskiego. Płacono grube sumy za poszczególne konie, cieszono się nimi, opowiadano o ich rączości i wytrzymałości, przywiązywano się do nich jak do wiernych towarzyszy. Wschodnie konie przychodziły do Polski jako łup wojenny lub też kupowano je na jarmarkach południowo-wschodnich kresów, gdzie je z Bałkanu sprowadzano; zdarzało się też, że wielcy panowie wysyłali dworzan swych daleko w kraje tureckie na zakup prawdziwie rasowych sztuk, jak np. wojewoda wołyński Sanguszko, którego koniuszy Burski był w Aleppie i Damaszku; częstsze były wyprawy do Konstantynopola. Stadniny bywały wielkie, najczęściej za wielkie w stosunku do majątku; nie było rzeczą rzadką, że średniozamożny szlachcic chował dla własnej przyjemności kilkadziesiąt koni. Stadniny magnackie były ogromne i pochłaniały wielkie sumy; taką sławną w szesnastym wieku stadniną była królewska Zygmunta Augusta w Knyszynie, gdzie znajdowały się prócz polskich także neapolitańskie, mantuańskie, hiszpańskie i tureckie konie. Zasłynęły później stadniny Buczackich, Ostrogskich, Chodkiewiczów, Sobieskich, w osiemnastym już wieku Radziwiłłów, Jabłonowskich, Czartoryskich, Sanguszków, Obuchowiczów i wielu innych; niektóre z nich miały po kilka tysięcy koni. Na jarmarkach prowadzono żywy handel końmi; na taki jarmark w Jarosławiu spędzano co rok około dwudziestu tysięcy koni. Na Ukrainie wypasały się ogromne tabuny półdzikich i dzikich koni, które próbowano oswajać. Koń był zwierzęciem strategicznym więc w chwilach zagrożenia konfliktem ustawowo zabraniano wywozu koni jak to było w: 1550, 1557, 1578, 1620 i 1647 roku.



Szlachcic - jeździec


W Polsce koń był jak już zostało powiedziane chlubą stanu szlacheckiego. Najwięcej tych ćwiczeń szermierczych, łuczniczych itp. łączyło się z jazdą konną. Od wczesnych lat uczyli się młodzi chłopcy dosiadania, koni i popisywania się różnymi sztukami jeździeckimi. Prosta rzecz, że jeżdżono na wyścigi, aby się przekonać, kto ma lepszego konia i kto lepiej jeździ. Organizowano też czasem zawody konne z długim szeregiem nagród, o czym wzmiankuje Rej w żywocie człowieka poczciwego:"...gdy się przypatrujemy tym świeckim zawodom, tedy tam więc u kresu bywają i pieniądze, i adamaszki, i sukna, i insze drobne rzeczy, bywa też na ostatku i świnia. A czyj koń najpierw przybieży, ten bierze pierwszy klejnot, ... a ten, co się już na samym ostatku przywlecze, to mu świnię do szkapy przywiążą i musi ją podle siebie wieść na powrozie aż w miasto albo w dwór, skąd wyjechali". Rzeczypospolita posiadała kawalerię najlepszą w Europie przez cały XVII wiek. Na sposobie jazdy i walki konnej Polaków wzorowała się cała Europa Zachodnia, która szablę i siodła polskie, w XVIII wieku przejęła właśnie od nas. Zresztą na Zachodzie Polak był utożsamiany z jeźdźcem, zresztą w języku francuskim do dzisiaj słowo de Polak oznacza lekkiego jeźdźca. Skoro zatem jazda polska była doskonała, musiała mieć i dobrą szkołę wojennej sztuki jeździeckiej. Polska szkoła sztuki jeździeckiej istniała od dawna, ale niestety nie została uwieczniona na piśmie, okrutny cios dla nas Polaków jakim były zabory zaćmiły jej sławę. Polacy mimo, że sami uważali się za znakomitych jeźdźców, byli otwarci na nowości ze sztuki hipicznej powstające w innych krajach. I tak nasi rodacy jeździli na przykład od Italii, gdzie dział w połowie XVI wieku prekursor nowożytnej Zachodniej jazdy konnej Frederico Grisone. Pod jego wpływem Krzysztof Norwid Drohostayski (1562-1611) napisał książkę "Hippika to jest o koniu księga". Jednak nie wszyscy cudzoziemcy chwalili polską sztukę jeździecką, która jak twierdzili nie tworzyła odrębnej szkoły, nie wyzyskiwała wszystkich możności, prowadziła zazwyczaj do narowienia koni. Nuncjusz Ruggieri, który za czasów Zygmunta Augusta bawił w Polsce i szczegółowy jej opis ułożył, stwierdza, że Polacy nie ćwiczą się w sztuce jeżdżenia wierzchem i że nie ma wśród nich dobrych masztalerzy ani nauczycieli jazdy, a poza tym nieumiejętnie obchodzą się z końmi, gdyż kiedy się upiją, siądą na konia, przypuszczają, osadzają, kręcą się w kółko i różne dziwne rzeczy dokazują, stąd mało jest u nich koni nie znarowionych lub nie mających jakiej wady. W tych czasach było już jednak kilku masztalerzy włoskich na największych dworach, a także i wśród szlachty było już dość takich, którzy we Włoszech tamtejszą szkołę jazdy przeszli. Do stylu dworskiego zaczyna więc należeć także i umiejętność włoskiej szkoły. Większość Polaków nie zgadzała się z opinią o wyższości szkoły włoskiej nad polską. Górnicki pisze: A tak iż Włoszy mają tę sławę, jakoby byli dobrymi jeźdźcy, co się tyczę kształtownego toczenia koniem podług miary i czasu, ktemu też jakoby do guintany, do pierścienia najlepiej biegać mieli - niechajże mój dworzanin w tym wszystkim przed Włochy przodkuje. Potocki dodaje: Polaków że, co prawie na koniu się rodzą, koniem, piszą, granice ojczyste rozwodzą, Niemcy albo Francuzi konia uczyć mogą, jako ręką przy cuglu i w strzemieniu nogą, Jako się sprawić w siedle i którym to wiedzieć właśnie należy, jako na koniu ma siedzieć? Żeby więc przed swą damą na chodziwym turku Korbetował w peruce na warszawskim burku! Biorąc pod uwagę ogromną spuściznę historyczną wojen z udziałem jazdy polskiej można powiedzieć, że polska szkoła sztuki jeździeckiej była bardzo zbliżona do "naturalnej" włoskiej Caprilliego (oparta na jeździe w terenie, nie ograniczająca swobodnych ruchów konia) i że znacznie ją wyprzedzała.




Cofnij
Menu

Ubezpieczenia Olsztyn | Archiwum | Ubezpieczenia Olsztyn